18 lipca 2015, sobota

Sytuacja jakich prawdopodobnie sporo się powtarza:

„…wiele lat temu miałam kumpla. Powiedzmy, że miał na imię Marek. Spotykaliśmy się od czasu do czasu. Lubiliśmy przebywać w swoim towarzystwie. Świetnie nam się ze sobą gadało. Na różne tematy. Choć najczęściej dyskutowaliśmy o życiu jako takim, o związkach i relacjach międzyludzkich… Marek – starszy ode mnie o kilka lat – był bardzo dojrzały wewnętrznie. Cechowała go głęboka mądrość. Miał inteligentne i ciekawe przemyślenia. Swoje własne. Ja – czytająca wtedy bardzo dużo „mądrych książek” – sypałam jak z rękawa różnymi mądrymi, aczkolwiek nie własnymi, cytatami. Marek czasami kwestionował cytowane przeze mnie słowa. Ja – zafascynowana pasującą mi wówczas ich wymową – upierałam się przy ich nieomylności. W takich momentach dochodziło między nami niemalże do kłótni. W trakcie dość ostrej wymiany zdań zdarzało mi się usłyszeć zarzuty, że cytowane przeze mnie frazesy to tylko puste słowa i dopóki według nich nie postępuję, to są nieprawdziwe dla mnie i mogę je między bajki włożyć. O! Jakże się wtedy oburzałam! Zarzucałam Markowi, że na każdy temat musi mieć swoje zdanie, a w duchu wkurzałam się, że aż tak się wymądrza i ciągle mi udowadnia, że jestem głupsza od niego. W końcu któregoś razu doszło do tego, że gdy zaciekle upierałam się przy swojej (a tak naprawdę nie mojej) mądrości, usłyszałam spontanicznie rzucone przez Marka słowa:

– Głupia koza!

O! Zabolało mnie to jak diabli! – Toś ty taki?! – Pomyślałam, a głośno palnęłam:

– Skoro tak, to nie chce mi się z tobą więcej gadać!!! – odwróciłam się na pięcie i odeszłam. Na zawsze – jak się okazało. Bo urażona duma i zdeptane ego nie pozwoliły mi przyjąć ani późniejszych przeprosin Marka, ani prośby o wybaczenie, nie wierzyłam w jego zapewnienia, że jest moim przyjacielem i co by nie powiedział, to odbierałam to jako szyderstwo i atak na mnie. Emocje targały mną na wszystkie strony.  Skutecznie unikałam spotkania z nim. Na listy nie odpisywałam. Przez telefon rozmawiałam lakonicznie i wrogo. – No bo jak on mógł tak mnie nazwać?! Tak poniżyć?! A przecież sam się wymądrzał, głupek jeden! – Złość we mnie zagłuszała wszystkie inne nieśmiałe myśli, próbujące mi uświadomić, że Marka po prostu poniosły emocje, a tak naprawdę wcale w ten sposób o mnie nie myśli…

Po kilku miesiącach od tamtego zdarzenia Marek wyjechał za granicę. Przed wyjazdem próbował się ze mną spotkać. Przez telefon mówił, że chciałby się pożegnać, bo prawdopodobnie nie wróci już do kraju. Nie zgodziłam się na spotkanie – Po co mielibyśmy się spotykać?! Ja nie widzę takiej potrzeby! – odburknęłam na jego prośbę. Cały czas chciałam, żeby i jego zabolały moje słowa.

I wiesz co? Chyba osiągnęłam swój cel, bo Marek więcej się do mnie nie odezwał. Po dwóch latach dowiedziałam się od naszych wspólnych znajomych, że cały czas przebywa za granicą, do kraju wpada na krótko, po to tylko by odwiedzić rodziców… Ze mną już nigdy nie kontaktował się…

Minęło wiele lat od tamtego czasu. Wydoroślałam, dojrzałam wewnętrznie. Już potrafię być szczera sama ze sobą… A ponieważ Marka pamiętam do tej pory (chyba jednak był mi szczególnie bliski), to od czasu do czasu pojawiają się we mnie pytania:

– Czy warto było trwać w swoim uporze i patrzeć wtedy na całe zdarzenie li i jedynie z pozycji żaby?

– Dlaczego pozwoliłam na to, by przez swoją urażoną dumę stracić coś naprawdę cennego?

– Dlaczego nie dałam szansy nam obojgu i bez słowa wyjaśnienia zakończyłam znajomość z Markiem, pomimo tego, że przecież wcześniej doświadczyłam z jego strony wielu pięknych i wartościowych zachowań?

– Dlaczego tak łatwo przekreśliłam znajomość z nim oraz jego samego, jako mojego przyjaciela, choć w naszych dawniejszych rozmowach tak często cytowałam słowa mówiące o wybaczaniu i akceptowaniu innych takimi, jacy są?

– Co tak naprawdę sprawiło, że większe znaczenie nadałam słowom rzuconym przez Marka pod wpływem emocji, niż tym, które wypowiadał do mnie wcześniej, a które były pełne życzliwości, ciepła, a nawet czułości?

………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………..

Dopiero teraz – po latach i po różnych życiowych doświadczeniach – widzę, jaką wyjątkową osobą był dla mnie Marek. Na własne życzenie straciłam dar, jakim był on i jego bezinteresowna przyjaźń…

Chciałabym móc to naprawić…

Mówisz, że już na to za późno? Przecież czasu nie cofnę. Wypowiedzianych słów także. I w rezultacie mogę mieć żal tylko do siebie…

A jednak mimo wszystko mam nadzieję, że nasze poplątane ścieżki zejdą się z powrotem. I tym samym dostanę szansę, by szczerze powiedzieć Markowi, co czułam wtedy, gdy nazwał mnie głupią kozą, jak mocno mnie to ubodło i jak bardzo żałuję, że przekreśliłam wszystko, i nie dałam nam szansy na pogodzenie się ze sobą… Być może dla niego nie ma to już znaczenia i dawno zapomniał o całej sprawie, i… o mnie….

Natomiast we mnie to wszystko cały czas jest żywe i prawdopodobnie wyrażenie prawdy przyniosłoby mi ogromną ulgę…

Chciałabym móc go przeprosić…”

………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………………..

Może warto na drażliwe i emocjonalne sytuacje popatrzeć z perspektywy orła, zamiast z pozycji żaby?
Wszak z góry można zobaczyć i więcej, i szerzej… Po latach zrozumiałam jedną ważną rzecz: prawdziwy Przyjaciel nigdy nie będzie mi schlebiał i mówił tylko to, co chcę usłyszeć. Za to zawsze będzie mi mówił szczerą prawdę. Nawet gdyby miała być bolesna w odbiorze. Bo dzięki temu mam szansę się rozwijać, a Przyjaciel jest m. in. po to, by mi w tym pomagać. Tak rozumiem Przyjaźń…

 

Margot Stel

 

 

Z notatnika Malkontenta

W mądrej książce przeczytałem: „Jak coś zalewa cię żółcią, wylej to na papier – nikomu nie zaszkodzisz, a sobie pomożesz”. – Dobra! Więc wylewam…

Znów się zaczęło! Dopiero co skończył się październik, a już były: pierniczki, marcepanki, mikołaje, ozdóbki, bombeczki, pierdółeczki, choineczki, aniołeczki – wszędzie!!! W mniejszym, większym sklepie, na bazarku, w TV i gdzie tylko się da!  Aż niedobrze się robi! Nie ważne, że to jeszcze prawie dwa miesiące! A zaraz potem kolędy ze wszystkich stron i przypomnienia: KUP! PODARUJ! NIE CZEKAJ! MUSISZ TO MIEĆ! Akurat! Nic nie muszę! A co, jeśli nie chcę?! Może nie potrzebuję kupować tych wszystkich ozdóbek, prezentów – bo trzeba, bo taka tradycja?!  I jeszcze mam się gapić na Kevina! Bo co?! Że sam w domu?! A może mam dość komercji i udawania, że jak święta to wesołe i szczęśliwe?! No bo z czego tu się cieszyć?! Że wydam ciężko zarobioną kasę na gigantyczne ilości żarcia, którego i tak nie będziemy w stanie przejeść? Że zwali się do nas rodzinka i będziemy udawać, że bardzo się lubimy, a najchętniej to w łyżce wody?… A może mam mieć radość z kolejnych pięciu par skarpetek i dziesiątego szalika otrzymanych w tzw. prezencie gwiazdkowym?! I jeszcze trzeba śpiewać kolędy choć fałszujemy niemiłosiernie ale tradycja!

Mam dość?! I buntuję się przeciwko sztuczności! Chrzanię tradycję i przestaję obchodzić święta! A co?! Kto mi zabroni?! Nie robię nic i już! Uff! Od razu lżej…

– Kochanie! Kolacja na stole! Goście już przyszli.

– A są prezenty?

– Oczywiście… Wyjątkowo dużo w tym roku. I chyba najwięcej dla ciebie…

– Już biegnę Kochana!

No dobra. W przyszłym roku przestanę obchodzić święta. Ale i tak ich nie cierpię!

 

01.12.2014

M. K.

DZIEWCZYNKA

Poczta Polska. Kolejka jak zwykle, a nawet dwie, bo cudem jakimś są czynne dwa okienka. Staję na końcu jednej z nich, przede mną kilka osób. Przy okienku pani w wieku emerytalnym (obecnym), za nią bardzo szczupły pan chyba po 50-tce, przyglądający się uważnie małemu chłopaczkowi (wiek ok. 2-3 latka), biegającemu sobie radośnie po wolnej przestrzeni pocztowego pomieszczenia. Po dłuższej chwili pani przy okienku zostaje obsłużona i odchodzi, na co chłopczyk przystaje w swoim zabieganiu i dość głośno zwraca się do pana:

– Dziadku, a gdzie ta dziewczynka poszła? – Pan z trudem powstrzymuje parsknięcie i po chwili odpowiada – Nie wiem, może do domu poszła? – Chłopczykowi odpowiedź chyba wystarczyła, bo począł biegać w kółko dalej, natomiast kolejkowicze całość skwitowali lekkim uśmiechem.
Po chwili do pomieszczenia weszła pani w średnim wieku i dość obfita w kształtach. Ruszyła do drugiej kolejki. Chłopczyk przystanął, popatrzył na nią, po czym – o wiele głośniej niż poprzednio – zawołał:

– Jaka ta dziewczynka duża! O wiele większa od Ciebie, dziadku! – Dziadek nie wytrzymał i parsknął śmiechem, kolejkowicze również, pani za okienkiem uśmiechnęła się szeroko, a chłopczyk biegał beztrosko dalej, jakby zupełnie nieświadomy zmiany w nastrojach dorosłych, do której przed chwilą się przyczynił.

😉

 

28.07.2014

M. K.

26 sierpnia 2013, poniedziałek

Słowa do wierszy pochowały się gdzieś po kątach, a te które nie zdążyły się jeszcze schować i tak zmykają na mój widok – lękają się wypełniającej mnie od jakiegoś czasu ciszy.  Wczorajsza wiadomość pogłębiła moje bezsłowie jeszcze bardziej – na Drugą Stronę przeszedł Ktoś bardzo mi bliski, ktoś kto jeszcze zupełnie niedawno zaskoczył mnie swoim szczerym wyznaniem: „Kocham cię Małgosiu”.

Jestem wdzięczna, że był tak długo. Jestem bardzo wdzięczna, że był także w moim życiu.  Jego głos, uśmiech, radosny blask w oczach zapisały się we mnie na zawsze…

Za jakiś czas pewnie ponownie zaprzyjaźnię się ze słowami, na razie dobrze mi w ciszy…

16 sierpnia 2013, piątek

SEN O LATANIU

Dzisiaj nad ranem przyśnił mi się sen:

Przechodziłam przez dość spory plac w jakimś mieście. Było bardzo ciepło, na błękitnym niebie świeciło słońce, gdy nagle – zupełnie nie wiadomo skąd – lunął bardzo obfity cieplutki deszcz. Widziałam umykających przed ulewą przechodniów i ich zaskoczone, niezadowolone miny. Sama również miałam pomyśleć coś ze wzburzeniem (w rodzaju: „no nie! i po co ten deszcz?!”), gdy w tym samym momencie pojawiła się równoległa myśl, że ten deszcz to przecież coś fajnego, bo przyjemnie chłodzi rozgrzane ciało i wspaniale orzeźwia. W momencie gdy oddałam się tej właśnie myśli, deszcz przestał padać równie nagle jak się pojawił, a na błękitnym niebie rozkwitła wielobarwna tęcza.

Poczułam wewnątrz siebie tak ogromną i rozpierającą radość, że aż zaczęłam sobie wesoło podskakiwać. Z każdym podskokiem czułam się coraz lżejsza. W końcu było mi już tak lekko i błogo, że pojawiła się myśl : „jeszcze trochę i  wzlecę”. W tej samej sekundzie moje – już bardzo lekkie ciało – uniosło się nad chodnikiem, a ja – cudownie szczęśliwa – rozpostarłam ramiona i leciałam swobodnie nad skwerkiem.

Gdy tak leciałam, nie miało dla mnie żadnego znaczenia, jak zareagują na mój widok przechodnie. Było mi tak niesamowicie dobrze, że wszystko inne przestało być istotne…

Ten sen pomógł mi uświadomić sobie, że odczuwanie radości pomimo tego co dzieje się wokół, dodaje błogiej lekkości i pomaga oderwać się od Ziemi – dosłownie i w przenośni 😉

Może więc warto wchodzić w taki błogi stan również na jawie?…

🙂

sen o lataniu

27 stycznia 2013, niedziela

Dzisiaj będzie o ubraniach i…

zobaczcie sami 😉

*
SWETER

Zauważasz sweter. Zachwycasz się nim. Jest taki kolorowy, wygląda na mięciutki i tak „na oko” to na pewno twój rozmiar. Jest dość drogi, nawet bardzo drogi (więc pewnie z materiału bardzo dobrej jakości – kombinujesz), jednak nie ma możliwości przymierzenia go przed zakupem.

– Cóż… trzeba się zastanowić, co w tym momencie zrobić…  Ale… jest taki piękny, będzie dobry!  A  jakby co, to jakoś go do siebie dopasuję. Albo ja dopasuję się do niego…  Muszę go mieć! To mój wymarzony sweter!… itd. itp.

Zdecydowałeś się. Sporo weń inwestujesz. może nawet wszystkie oszczędności jakie miałeś? Nieważne! Najważniejsze, że masz już sweter!

Zakładasz sweter i… I teraz są różne alternatywne możliwości:

– wydaje się być dobry. Nawet ci w nim do twarzy. Jest dopasowany, ciepły, bardzo ładny, ale po jakimś czasie stwierdzasz, że nie czujesz się w nim dobrze. Coś czasem cię uwiera, drażni, zakładasz więc go coraz rzadziej, w końcu nadchodzi moment, gdy już nie możesz nawet na niego patrzeć. Ale przecież go nie wyrzucisz, nie oddasz go nikomu – kosztował cię bardzo drogo, był spełnieniem twoich marzeń, więc… może trzeba go przerobićdopasować do siebie. Jednak jeśli nawet uda ci się tak zrobić, że sweter się do ciebie dopasuje (co bywa niezwykle trudne), to z czasem zrozumiesz, że on już nigdy nie będzie taki jak wtedy, gdy go pierwszy raz ujrzałeś. Jakby stracił całe swoje piękno…

– jest za mały albo za duży. Dalej sytuacja powtarza się jak wyżej, z tym, że to ty próbujesz dopasować się do swetra. Chudniesz (po narzuconej sobie diecie i rygorystycznych ćwiczeniach) albo raptownie tyjesz (co również nie wychodzi ci na zdrowie).  Sweter w końcu pasuje jak ulał (albo raczej ty pasujesz jak ulał do swetra) i niby wszystko jest ładnie i cacy, powinieneś tryskać radością i szczęściem – inwestycja nie poszła na marne, a jednak czujesz się w tym swetrze coraz gorzej, smutniej, bo… po drodze coś zatraciłeś, coś bardzo ważnego. Dopasowując się do swetra przestałeś być sobą takim, jakim jesteś naprawdę…

– nie pasuje, uwiera, ale udajesz przed sobą i innymi, że wszystko jest ok., bo przecież zainwestowałeś w sweter i głupio ci przyznać, że popełniłeś pomyłkę decydując się właśnie na niego. Zatem jakoś to ścierpisz, zrobisz dobrą minę do złej gry i… poczekasz, aż sweter tak się zużyje (może mu nawet trochę w tym pomożesz), że będzie się nadawał tylko do wyrzucenia…

– jest idealny! On pasuje na ciebie, nic cię w nim nie uwiera, czujesz się w nim świetnie, a jego kolory sprawiają, że gdy tylko włożysz go na siebie, czujesz się lekko, radośnie i cały świat wokół nabiera zupełnie innego wymiaru – pięknieje. Nie musisz zmieniać niczego w sobie. Nie trzeba niczego porawiać w swetrze. Pełna jedność i harmonia między wami 🙂

Oczywiście kombinacji może być znacznie więcej – życie często pisze niebywale zaskakujące scenariusze.

*

Czy historia ze swetrem z niczym ci się nie kojarzy?

A gdyby tak odnieść sytuację ze swetrem do bliskich związków pomiędzy ludźmi – czyż nie bywa w nich podobnie?

Jeśli chcesz, spróbuj przez chwilkę się zastanowić, którą z ewentualnych możliwości wybrałbyś dla siebie? Której tak naprawdę pragniesz w głębi serca?

Ja już zadałam sobie te pytania. Odpowiedzi pojawiły się natychmiast.

Nie wyrzucę na śmietnik swetra, który już do mnie nie pasuje – niezależnie od tego, co czuję w stosunku do niego, on zawsze pozostanie bardzo cennym i wartościowym.

Jednak bez problemu przekażę go komuś dla kogo jest idealny, bo mam świadomość, że i sweter przy takiej osobie nabierze pełniejszego blasku, który przy mnie coraz bardziej w nim przygasa…

😉

tęczowy sweter

DZIECIACZKI

 

Dzień Dziecka coraz bliżej, więc z tej okazji zamieszczam dwie miniatury prozatorskie z dzieckiem w tle:

 

1.

Kilkuletnia dziewczynka do swojej babci:

– Mężczyźni są durni!

 

Właśnie przechodzę obok i słyszę te słowa.

Nasuwa się refleksja:

– Myślisz stereotypami, dziewuszko.

Mężczyźni są cudowni! Gdy sobie na to pozwolą…
2.

Autobus pełen ludzi. Mały chłopczyk wstaje ze swojego miejsca i rozgląda się po autobusowym wnętrzu.

Po czym pyta siedzącego obok tatę:

– Dlaczego tu jest tak mało dziecka, a tak dużo dorosłych?!

 

No właśnie… Dlaczego?…

 

26.05.2013
M. K.